Sold w ogródku
Swój domek przy ulicy PCK skończyłem budować w 1964 roku. W rok czy dwa po wybudowaniu okopywałem warzywa w swoim ogródku. Spod motyczki wylatywały grudki spulchnionej ziemi. Jedna z nich wydała mi się podejrzana, była jakaś inna, bardziej regularna i bardziej płaska niż pozostałe. Odruchowo podniosłem ją bliżej oczu. Spodziewałem się znaleźć raczej guzik, niż coś wartościowego, ale stwierdziłem, że to nie guzik, a chyba cienka blaszka. Już miałem ją odrzucić, gdy coś mnie tknęło. Jestem amatorem numizmatykiem, a nuż to jakiś pieniądz ? Najpierw w palcach, a potem szmatką oczyściłem blaszkę i dostrzegłem na niej jakieś ledwo wyczuwalne wypukłości. Czyżby moje przypuszczenie się sprawdziło ? Chcąc się o tym przekonać wykąpałem blaszkę w nafcie. Rzeczywiście, cieniutka blaszka okazała się srebrna ! Była to moneta bardzo już zniszczona i wytarta, ale dał się jeszcze rozpoznać zarówno awers jak i rewers. Jako amator numizmatyk zacząłem szukać w polskim katalogu monet, co to może być, ale niczego podobnego nie odnalazłem. Może to pieniądz niemiecki ? Bardzo to prawdopodobne, przecież jesteśmy na terenach Mazur, gdzie przez wieki trwało panowanie niemieckie. Jednak i tu nic nie pasowało. Nie mogło z resztą pasować ! Znaleziona moneta po dokładniejszym jeszcze oczyszczeniu — dała się odczytać i okazała się soldem szwedzkim wybitym w 1648 roku. Przeleżała w ziemi kilka wieków, aby wyjść na światło dzienne w to letnie popołudnie. Jak mogła znaleźć się w moim ogródku? Znając trochę historię nietrudno się domyśleć.
Wiadomo, że w XVII w. Szwedzi wielokrotnie grasowali na terenach Księstwa Pruskiego i w okolicach Bartoszyc, chociaż samego miasta nigdy nie szturmowali. Za to w roku 1656 Bartoszyce gościły szwedzkiego zdobywcę — króla Karola Gustawa. Podejmował go tutaj hucznie książę pruski Fryderyk Wilhelm. Jak podaje Andrzej Wakar na podstawie źródeł („Bartoszyce — z dziejów miasta i powiatu"), „aby przygotować potrawy na przyjęcie dostojnego gościa trzeba było zarżnąć 30 cieląt, 12 wołów, 135 baranów, 222 prosiaków, 12 świń, 101 gęsi, 112 kaczek, 192 kury. Ucztę podlano obficie 196 tonami piwa i wielu beczkami wina reńskiego..." Koszty uczty ponieśli mieszczanie bartoszyccy. „Zaciągniętego u nich długu 4848 guldenów Fryderyk Wilhelm nie spłacił nigdy".
Ta pięciodniowa styczniowa uczta kosztowała więc miasto bardzo drogo.
Bartoszyce wyglądały wówczas zupełnie inaczej niż dziś. W rejonie obecnych ulic Lenina i PCK był kiedyś zagajnik. Od tamtych czasów przetrwało jeziorko, na którym dziś stacjonuje tylko ptactwo wodne i łabędzie, ale wtedy w zagajniku i okolicach jeziorka stacjonowało prawdopodobnie wojsko szwedzkie z taborami. Miejsce było dobrze wybrane i bardzo dogodne. W jeziorku rajtarowie mogli poić konie. Niemal na pewno nudząc się i grzejąc przy ogniskach grali w kości. Jest możliwe, że właśnie wtedy został zgubiony ten sold.
Autor: Zygmunt Kornowski
|
|
|
|
|